Saturday, 25 October 2014

Dzień jak co dzień.

Był wczesny ranek. Nie padało. Ptaki za oknem skrzeczały niczym porażone prądem. Ross przewrócił się z lewego boku na prawy. Potem z powrotem. Instynktownie wiedział, że za chwilę włączy się stojące tuż przy łóżku radio, by go obudzić. Kiedyś używał budzika. Jednak szybko przyzwyczaił się do jego dzwonka i często zdarzało się, że traktował go jako część snu. Budzik- radio był o wiele skuteczniejszy. Ross zawsze budził się od niego trochę wcześniej. Potem leżał jeszcze z zamkniętymi oczami i udawał sam przed sobą, że jeszcze śpi. Budził się wcześniej bo bał się swojego budzika. 

Kiedy pierwszy raz użył budzika-radia spał głębokim snem. Nagle usłyszał milion głosów. Akurat w porannych wiadomościach relacjonowano mecz. Obudził się wtedy zlany potem. Miał wrażenie, że usnął gdzieś pośród tłumu. Od tamtej pory kilka minut przed zaplanowaną pobudką wiercił się w łóżku udając śpiącego.

- czas na lokalne wiadomości- Ross wiedział, że minęła ósma, radio- budzik znów zadziałał.- wczoraj na poczcie miał miejsce niezwykły wypadek. Pani Mary O’Brian niefortunnie poślizgnęła się na kawałku pożywienia i straciła przytomność. Dzięki szybkiej interwencji mieszkańca naszego miasta pana Rossa kobieta natychmiast trafiła do szpitala. Stan jej zdrowia znacznie się poprawił. Lekarz przyznał, że pani O’Brian żyje tylko dzięki panu Rossowi. Gratulujemy! I pozdrawiamy naszego bohatera.-

- O nie!! To nie może być prawda! – Ross natychmiast zerwał się z łóżka i szybko klepnął radio w celu uciszenia go. Pobiegł do łazienki, potykając się przy tym o papcie przy łóżku. – gdzie one są, gdzie one są!!!- nerwowo przerzucał brudne ubrania. Znalazł. Wziął skarpety i nerwowo kręcił się po mieszkaniu szukając nie wiedzieć czego. Zachowywał się jak diler narkotykowy tuż przed nalotem policji. Tylko, że w rękach zamiast paczuszki amfetaminy miętosił parę futrzanych, podartych skarpet. Wleciał do kuchni: pralka, lodówka, toster. – nie, nie, nie. Za bardzo oczywiste.- chciał jak najszybciej raz na zawsze pozbyć się tego żenującego sekretu. Wyleciał na ogród. Cisnął skarpety na trawę, chwycił za łopatę i zaczął kopać. Bosy, spocony kopał jak oszalały. Głębiej, głębiej. Po godzinie dół był na tyle głęboki, że spokojnie zmieściłby i grubasa i panią w fioletowym kapeluszu. Lecz Rossowi było mało. Kopał i kopał i pewnie do Chin by się dokopał, gdy nagle łopata trafiła na przeszkodę.- do licha co się dzieje- ledwie słyszalnym głosem szeptał do siebie-  Postukał łopatą. Cos tam było i blokowało ziemię.