Saturday, 30 August 2014

Tuż przed lotem.

Właśnie jestem u progu kolejnej podróży. I niestety jak zwykle muszę skorzystać z samolotu. I niby wszystko jest dobrze, bo przecież jak się mieszka na wyspie to albo się pływa albo lata, to jednak mnie znów ogarnia panika. I niby jest tak, że jak coś się robi już któryś tam raz z kolei to powinno być łatwiej. Ale tak nie jest. Mojego pierwszego lotu w ogóle się nie bałam, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. I wraz z każdym kolejnym ja zamiast doświadczać, przyzwyczajać się, oswajać czy co tam jeszcze można- panikuje coraz bardziej. Niby to człowiek z wiekiem staje się bardziej rozsądny, no po prostu mądrzejszy to u mnie jakoś jest coraz gorzej. Na samą myśl o tym, że po raz kolejny mam być zapuszkowana gdzieś tam wysoko w chmurach na całe trzy godziny, sprawia, że nawet pisanie mi ledwo idzie.

Pisałam już o tej mojej dziwnej fobii z milion razy ale i teraz nie mogę się powstrzymać. Czytałam kiedyś, że w walce z obsesjami pomaga pisanie- tak przynajmniej twierdzą psycholodzy. Tak więc pozwolę sobie na publiczny rozkład i analizę mojej życiowej zmory jaką jest właśnie latanie. Zacznijmy od początku.

Po pierwsze podobno najważniejszy jest ten pierwszy raz- że niby gdy jest nie najlepszy to świadomość zagrożenia na długo może zagościć w psychice badanego. W moim przypadku nie było źle. Leciałam sobie z Wrocławia do Londynu siedząc u boku przemiłego starszego anglika dyskutując łamaną angielszczyzną o piłce nożnej i papieżu. Prawie nie czułam, że lecę. Raczej wydawało mi się, że jadę pociągiem towarowym. Przyczyny mojego strachu należy więc szukać gdzieś indziej.

Może to przykre doświadczenia z dzieciństwa? Jednak wtedy nawet nie śniłam o tym, że będę latać. Jednak kiedyś z moją siostrą wbrew zakazom rodziców obejrzałyśmy film “Alive”. Oparty na prawdziwej historii dramat ludzi, których samolot rozbija się gdzieś w górach. Jednak nie przypominam sobie żeby ta historia wywarła na mnie jakieś piorunujące wrażenie. Raczej lekko przyjęłyśmy  tę historię, prawdopodobnie nie do końca rozumiejąc o co w niej tak naprawdę chodzi. Czyli psychoanalityczne rozkładanie traumatycznych przeżyć z dzieciństwa też odpada. 

No cóż psycholog to raczej ze mnie nie będzie. Jedyne co mi na tę chwilę pozostaje to przede wszystkim nie jeść za dużo przed lotem by zminimalizować ewentualne zwroty, zaopatrzyć się w dobrą muzykę by odciąć się całkowicie od ewentualnych krzyków przerażonych pasażerów i jeszcze jedno- co też już uczyniłam- nie wyspać się dzień przed by zamiast w myślach kreować przebieg potencjalnej katastrofy, oczami wyobraźni marzyć o wygodnym łóżeczku i ciepłej puchowej kołderce.

Wypiję sobie jeszcze ze trzy kawki, pięć razy sprawdzę czy na pewno ten lot jest właśnie dziś i trzymajcie kciuki bo znów polecę. Mam nadzieję, że tym razem przeżyję coś w rodzaju powtórnych narodzin i gdy wrócę z dalekiej polski to nie jako ta co boi się latać ale jako miłośnik podniebnych podróży. Może nawet tym razem, by chociaż przed innymi udawać, że latanie to taka fajna sprawa, lub chociaż, że to nic takiego kupię sobie taki mały samolocik zabawkę. I jak i tym razem uda mi się szczęśliwie wylądować to postawię sobie ten modelik na honorowym miejscu w domu. I za każdym razem jak na niego popatrzę to wmówię sobie, że podróż samolotem jest ekstra.