Wednesday, 1 October 2014

Ręcznie robione…

Kiedyś, bardzo , bardzo dawno temu, gdy na świecie nie istniały wielkie maszyny i potężne fabryki- ludzie robili rzeczy ręcznie. Począwszy od ręcznego łowienia ryb, poprzez wyplatanie koszy a skończywszy na ozdobach i strojach i nawet ręcznie przepisywanych książkach. Z biegiem lat i rozwoju myśli człowieczej te zręczne rączki zastąpione zostały maszynami. Obecnie nie ma chyba rzeczy, której nie mogłaby wykonać maszyna. I nie trzeba tu wiele się rozglądać, by to zauważyć. Wystarczy spojrzeć choćby do naszej kuchni: toster, mikser, blender, elektryczny otwieracz do konserw…

I tak to też jest w dzisiejszych czasach, że łatwiej jest iść do sklepu i coś kupić niż samemu zrobić. I nawet nie tyle łatwiej co taniej i szybciej. Może gdzieś tam w małych domkach babcie robią jeszcze konfitury i dżemy jednak już te młodsze pokolenia są zupełnie inne. Czy to źle czy dobrze? Nie ma odpowiedzi na to pytanie, tak już się stało i postępu nie da się cofnąć .To tak, jakby ktoś nagle zapragnął, by telewizja przestała istnieć. Nie da się tego zmienić i już, jednak… Któż z was nie pamięta tego cudownego zapachu babcinego dżemu, albo smaku niedzielnego makaronu pieczołowicie przygotowanego przez mamę. I tu rzucę moje trzy grosze i powiem : nic straconego! Wystarczy odrobina czasu i dobre chęci. W Internecie można znaleźć naprawdę wszystko a przepisów na domowe słoiki jest chyba milion. I nawet nie do końca chodzi tu o ten nieziemski smak ( bo niestety trzeba najpierw dużo ćwiczyć, by stworzyć super drzem czy konfitury) chodzi przede wszystkim o satysfakcję. O to niezapomniane uczucie szczęścia i radości, że zrobiło się coś samemu. 

Ostatnio znajomi zaczęli dziwnie na mnie patrzeć, bo zaczęłam robić na drutach. Codziennie wieczorem przy pachnącej kawie i dobrej muzyce biorę wełnę i próbuję coś wyklecić. Jestem dość marnym „druciarzem” więc stosuje tylko nieskomplikowany wzór – oczka prawe non stop, jednak po paru dniach wyrósł mi szalik! Po kilku tygodniach dorobiłam się fikuśnej sukieneczki. I wiecie co fajnie się z tym czuję, bo od początku do końca to moje dzieła. Zrobiłam je sama i jestem z tych moich wełnianych „koszmarków” dumna. 

Bo nie o to chodz, żeby być w czymś najlepszym. Jak to się mówi; nie od razu Rzym zbudowano. Więc zanim zaczniemy coś robić dobrze musimy się trochę napocić. Nasze babcie i mamy też nie narodziły się ze zdolnościami do robienia tych wspaniałych rzeczy. A nóż się okaże, że za czterdzieści lat będę siedzieć na bujanym fotelu otoczona wnukami poubieranymi w moje szaliki. Ha. Nigdy nic nie wiadomo, póki co w najbliższym czasie obiecuję nauczyć się jak się robi oczka prawe. I w ten sposób zachęcam wszystkich, by coś zaczęli robić. Pomysłów jest wiele, wystarczy zatem trochę chęci, czasu no i przede wszystkim cierpliwości. A jakby co, to zawsze w razie niepowodzenia można skoczyć do sklepu i kupić gotowy drzem czy słoik ogórków.