Wednesday, 26 November 2014

Motory ach te motory…

I znów zacznę od wspomnień. Kiedy miałam jakieś dziesięć lat marzyłam o tym żeby mieć motorynkę. Nic w tym nie było dziwnego. Dawno wyrosłam już z lalek a moi koledzy śmigali pomiędzy blokami na swoich rozwrzeszczanych sprzętach podobnych do motorów. I kiedy już zdawać by się mogło, że byłam bliska spełnienia tego dziwnego, jak na dziewczynkę marzenia- pech chciał, że jeden z moich znajomych miał dość poważny wypadek. Widział to zajście mój tato i kategorycznie wybił mi motory z głowy. Później marzyłam o takiej prawdziwej maszynie do pisania ale to zupełnie inna historia. Wróćmy zatem do motorów. 

Pierwszego sprzętu doczekałam się tu w Irlandii. Nie był to jakiś cud ale jednak pojazd dwukołowy. Kupiłam sobie pierwszy w życiu skuter. I to był poważny błąd życiowy.

Po pierwsze nie zdawałam sobie sprawy, że taki skuter jest tak ciężki. Przy mojej wadze zaledwie pięćdziesięciu kilogramów prezentowałam się przy nim jak mrówka próbująca dosiąść słonia. Kiedy już opanowałam tzw sztukę uwodzenia i nawet zaczęło mi się udawać dosiadanie mojego „rumaka” okazało się, że mam za małą i za lekką dupkę. No niestety przy każdym zakręcie majgałam się to w prawo to w lewo i za nic w świecie nie potrafiłam utrzymać się w pionie. Jako doświadczona posiadaczka skutera uważam, że powinno się w nich montować jakieś pasy albo przytwierdzać do siedzenia zużyta gumę do żucia, by ci mniejsi podczas jazdy pozostawali na miejscu. 

Posiadaczką skutera imieniem „Sparky” byłam zaledwie trzy miesiące. Do śmiesznego obrazka kurdupla na „rumaku” dołożyła swoje trzy grosze nieznośna irlandzka pogoda i tak musiałam pozbyć się marzenia o sobie na motorze. Nie mniej jednak wciąż pozostałam fanka tych niezwykłych maszyn. I mówię tutaj o fajnych motorkach a nie skuterkach dla panienek. Doskonale rozumiem posiadaczy super maszyn i trochę im zazdroszczę. Nie ma to jak wypad w doborowym towarzystwie, bez konkretnego planu, gdzieś w nieznane. Korki uliczne zostają gdzieś w tyle i tylko on i motor i przed nimi droga. No cóż. Tylko pozazdrościć

Moi koledzy mają swoje motory a ich żony mają dzieci. W niedzielny poranek oni wkładają kaski a one wciskają dzieci w płaszczyki przeciwdeszczowe. I jakoś to wszystko gra. Bo każdy ma jakiegoś bzika. Ja dziś mam bzika do bazgrolenia, więc już kończę i idę pomarudzić komuś, by mnie przewiózł na motorze. Tylko nie za szybko, i nazbyt daleko, bo jeszcze mi się za bardzo spodoba.