Thursday, 20 November 2014

Co słychać w Zakopanym?

Głównie ptaki. No i im bliżej południa to nie da się nie usłyszeć zgłodniałych turystów. A tak już bardziej poważnie, to właśnie wróciłam z egzotycznych wakacji w… Polsce.

Planowałam zwiedzać Dubaj, jednak niemoc finansowa rzuciła mną wprost w palącą słońcem ojczyznę. Dawno już nie musiałam egzystować w tak ekstremalnych warunkach. Mam tu na myśli pogodę. Za dnia było jakieś 35 stopni w cieniu, a termometr w słońcu wariował i brakowało mu skali więc trudno było określić prawidłową temperaturę. . Nawet noc nie przynosiła wytchnienia- raczej ciężko się śpi w mieszkaniu bez wentylacji, gdzie temperatura odczuwalna to jakieś milion stopni.

 I w takich właśnie warunkach- prawdopodobnie z powodu przegrzania- w moim tacie narodziła się wspaniała idea, by zabrać córkę do Zakopanego. Brzmi całkiem nieźle tylko, że wyjazd ten otwierał się i zamykał tego samego dnia. Więc pobudka o piątej, wyjazd o szóstej, trzy godziny w nagrzanym do czerwoności fiacie typu Panda, kanapeczka z kotletem na tylnym siedzeniu z nogami przy suficie, marzenia o kawce i papierosku, marsz w góry, kilka fotek, oscypek na pamiątkę i wieczorem na powrót w domku z jęzorem wywalonym do pasa. I tak też było. I niby powinnam się złościć i narzekać, jednak nie tym razem. Naprawdę fajnie było znów ujrzeć Tatry. Choć na chwilę zanurzyć się w tej skąpanej skwarem zieleni i zaczepić oko na wznoszących się chyba do nieba górach. I fajnie też powspominać: o tu pierwsza gleba zaliczona na nartach, a tam kiedyś był świetny bar mleczny. Choć pot lał mi się po plecach a konie zdawały się wyśmiewać moją żałosną kondycję fizyczną to ja dzielnie kroczyłam bliżej nieokreślonymi ścieżkami i dumałam sobie o tym fajnym mieście i o owieczkach w grubych futerkach. I okazało się, że miasto Zakopane bardzo się zmieniło. Jest teraz milion nowych sklepów, dwa miliony więcej turystów i milion milionów hoteli. A góry jak stały tak stoją. Giewont- ten śpiący rycerz z krzyżem na czole- nic a nic się nie zmienił, ani nie przytył ani się nie ożenił. Nosal- dalej jest Nosalem i nawet kataru nie miewa. Jaskinie jak były puste, tak wciąż pozostają niezamieszkałe- tylko gości jakby więcej. 

I tak to właśnie obwieszczam wszem i wobec, że Zakopane ma się dobrze a Tatry stoją tam gdzie stały. A po tygodniowych wakacjach w Polsce podczas skrajnego upału, wróciłam do Roscommon- po raz pierwszy w życiu ciesząc się z tego, że znów pada. I teraz zaczynam doskonale rozumieć powiedzenie, że doceniamy coś dopiero po stracie. Pewnie za tydzień przeklnę sama siebie myślą- jak ja mogłam tęsknić za deszczem. Póki co napawam się irlandzką pogodą a gdy znów deszcz mi się znudzi to chyba zamknę się na kilka godzin w piekarniku i by poczuć się jak na wakacjach w Polsce.